Lilith – w folklorze żydowskim upiorzyca groźna dla kobiet w ciąży i niemowląt w pierwszych tygodniach ich życia. Uważana za pierwszą żonę biblijnego Adama, wywodząca się najprawdopodobniej z tradycji mezopotamskiej.

Książka „Lilith. Dziedzictwo” została wydana już wcześniej przez Self Publishing w formie e-booka. Dzięki wydawnictwu Novae Res doczekała się swojego papierowego wydania.

Ale to nie Lilith jest główną bohaterką powieści, lecz nastoletnia Sha. Nagła przeprowadzka z zimnej i surowej Islandii do bajecznie kolorowego, pełnego słońca Cannes wprowadza w jej życie niezłe zamieszanie. Nowe miejsce, nowa szkoła… a w niej dwa największe ciacha na tej planecie: Daniel – czarnowłosy i wyjątkowo zdolny syn gospodyni domowej, oraz Chris – porażający swoją urodą, platynowłosy anioł, bogatszy chyba od samego Boga. Do tego obaj zdecydowanie zainteresowani nową, tajemniczą koleżanką. W takich warunkach świat Sha mógłby być rajem, gdyby nie przerażające, apokaliptyczne sny, które nawiedzają ją od chwili, gdy w jednym z nich zobaczyła imię Lilith.

Choć już od początku wiadomo, że w książce pojawi się typowy, miłosny trójkąt, to mimo wszystko zaintrygowana przez tytuł, miałam ochotę sięgnąć po książkę. Skoro pojawia się w niej imię Lilith, miałam nadzieję na coś pysznego. Coś co mnie zachwyci i nie pozostawi z niedosytem. Niestety, tak się jednak nie stało.

Główna bohaterka to chodzący ideał, bóstwo, piękność, cudowność, oh-ah, ah-oh etc. Same zalety – zero wad. Niby niewinna i czysta, nie mająca doświadczenia „w tych” sprawach, a pierwsze co robi, gdy poznaje Daniela, to mówi o jego fiutku. I w ogóle fiutków w tej książce jest dużo. Temu stoi, tam temu stoi, każdemu stoi, kto zobaczy Sha. Irytująca dziewucha z każdą stroną coraz bardziej. Jej pytania, jej odpowiedzi, jej prowokacje… NIE, NIE, NIE!
Drugim bohaterem był Daniel. Śliniący się na widok Sha, niczym bernardyn ze znanej komedii.
Trzecim – Chris. Bogaty, zmieniający dziewczyny, jak skarpetki, przywódca szkolnej bandy, który początkowo ze swoimi kumplami uprzykrza Danielowi życie, a następnie zostaje jego kumplem. Oczywiście dzięki Sha.

Akcja – zerowa. Na trzystu szesnastu stronach mamy opis tygodnia z życia bohaterów, którzy ze sobą rozmawiają, śmieją się, rozmawiają, śmieją się, jedzą, gotują, rozmawiają, śmieją się, no i od czasu do czasu komuś stanie fiutek.
A wyzwiska, którymi trójka bohaterów obdarowuje się wzajemnie, to już w ogóle katastrofa.
„Osiołku”, „złośliwy upierdliwcu”, „kozi bobku”, „złośliwa kreaturo”… A później hihihi, hehehe, hahaha. Taaaaakie to słooooodkie. <3 Brrrr!

Fantastyki w tym tyle, co kot napłakał. Może na trzech ostatnich stronach wyjaśnia się to, kim na prawdę jest Sha i dlaczego nawiedzały ją tak realistyczne koszmary.

Plus za to, że wydarzenia poznajemy z perspektywy całej trójki. Cztery rozdziały należą do Sha, po trzy do Daniela i Chrisa. Dzięki temu możemy ich bliżej poznać, zajrzeć do ich głów i dowiedzieć się, co w nich siedzi. Dlaczego są, kim są i zachowują się tak, jak się zachowują. Mimo to, nie polubiłam ich ani trochę. To wszystko było zbyt naciągane, a momentami odnosiłam wrażenie, że autorka zmieniła zdanie podczas pisania i to wszystko poszło nie w tę stronę, co powinno.

No i wydanie. <3
Ta książka została na prawdę prześlicznie wydana. Matowa, przyjemna w dotyku okładka z błyszczącym uszlachetnieniem liter. <3 <3 <3 Uwielbiam takie okładki. Mam ochotę je ciągle macać. <3

Nie bądź żyła! Podziel się: