Druid Elder pod drzwiami swego domu znajduje niemowlę. Nadaje dziewczynce imię Avea. Dziewczyna dorastając pod czujnym okiem mistrza, poznaje tajniki magii i alchemii. Gdy Avea zostaje opiekunem Wiecznej Puszczy, wydawałoby się, że jej życie będzie spokojne. Jednak światu zagrażają hordy żywych trupów. Avea zostaje wezwana do armii. Czy dziewczynie, która nigdy nie miała w dłoni broni, uda się ocalić świat? Druidzi, magowie, nekromanci, krasnoludy i elfy walczące z zombie. A to wszystko przepełnione humorem i najdziwniejszymi zwrotami akcji. Jednym zdaniem: Bridget Jones w oprawie fantasy.

Avea to odważna, pewna siebie dziewczyna. Jednak z ogromnym pechem. Gdy na środku ulicy znajduje się kałuża błota, możecie być pewni, że ona w niej wyląduje. Gdzie pełno hałasu i dymu, najczęściej Avea jest w centrum zdarzeń, choć nie zawsze z własnej woli. Czasem to przypadek, zwyczajny pech, czasem jej niewyparzona buźka. Mieszkańcy miasteczka, w którym dziewczyna stara się odnaleźć, boją się i starają się unikać tajemniczego nekromanty Fabiana, objętego klątwą milczenia. Avea, nie mając świadomości, kim jest Fabian, jest wobec niego niemiła i pyskata. I zawsze wypija mu kawę! Dostaje, więc od niego kolejne kary i mandaty, zaś sam nekromanta obiecuje sobie, że kiedyś dziewczyna spłaci swoje długi. Nie wiem, jakim cudem, z tym swoim pechem dostała się do armii. Chociaż może to właśnie pech chciał, że się w niej znalazła.
Druidka została przydzielona do trzynastego (przypadek?) pułku, którym dowodził Orin, krasnolud. Początkowo sceptycznie nastawiony do baby w grupie, z czasem się do niej przekonuje.
Podczas libacji Avea, jak to Avea, narozrabiała i przywództwo wysyła jej kompanię na misję, z której jeszcze nikt nie wrócił żywy…

Przepełniona humorem historia o Wiecznej Puszczy, magii, alchemii i wojnie z umarłymi.
Zaskakujące, czasami nieobliczalne, zwroty akcji. Na jednej stronie czytelnik pęka ze śmiechu, na następnej łzy napływają do oczu. A to wszystko otoczone ogromną tajemnicą. Nic nie jest takie, jakie się wydaje.

I wszystko byłoby cudnie, gdyby nie jeden mały mankament. Baaaaardzo ubogie opisy scen walki. Ograniczone do kilku – kilkunastu zdań. Gdyby pani Anna pokusiła się o ich urozmaicenie, oraz zadbałaby o detale i szczegóły, zamiast uogólniać, byłaby to brakująca wisienka na torcie.

Finał nie był taki, jak się tego spodziewałam. Zaskoczył mnie, bardzo. Liczyłam na coś zupełnie innego, bardziej oklepanego (przyzwyczajenie?). Zostałam mile zaskoczona. Tak na prawdę wyjaśnia się niewiele. Autorka pozostawiła sobie otwartą furtkę, by napisać kontynuację, na którą mam ogromny apetyt.

Czekam niecierpliwie. Pychotka. <3

Nie bądź żyła! Podziel się: